Jesteśmy na Facebooku
choredzieci.org.pl - delfinoterapia, delfiny, terapia z delfinami, wakacje z delfinami, kuracja z delfinami, Delfinoterapia na Krymie
2009-08-03
21-28.06.2009 Chorwacja - Słońce i przygoda - projekt dla dzieci leczonych z białaczki
W dniach 21-28 czerwca 2009 roku - odbyła się wyprawa dzieci ze Szpitala w Prokocimiu do Chorwacji.

Słońce i przygoda to projekt który powstał z myślą o dzieciach, po przebytej terapii przeciwnowotworowej.

Pobierz prezentację projektu.

SŁOŃCE I PRZYGODA NA FACEBOOKU.

Diagnoza - nowotwór, obecnie nie oznacza już wyroku. Dzięki ciągłemu postępowi i rozwojowi medycyny, około 70 % małych pacjentów wraca do zdrowia. Wynik to imponujący - przywraca wiarę i nadzieję w pozytywny efekt terapii oraz dodaje sił w mozolnej walce z chorobą. Ile ofiar wymaga ta walka i jak pełna jest cierpień i wyrzeczeń o tym wiedzą tylko mali pacjenci. Następstwem przebytej terapii bywają często różnego rodzaju zaburzenia psycho-fizyczne, powodujące dodatkowe dolegliwości. Dlatego obecnie za bardzo istotny element terapii całkowitej uważa się wielostronną rehabilitację dzieci wyleczonych.

Prowadzona jest ona przez zespół różnorodnych, współdziałających między sobą specjalistów, którego zadaniem jest nie tylko usprawnianie ruchowe małych rekonwalescentów. Równie wiele uwagi poświęca się odbudowie kontaktów socjalnych, usprawnianiu psychospołecznemu oraz psychoterapii.

Dzięki tym działaniom, dzieci mają możliwość odzyskania jakości i radości życia, które zakłóciła choroba i późniejszy tok leczenia.
Temu również służył, jako element wspomnianej rehabilitacji, projekt "Słońce i przygoda".

Pomyślany i zaplanowany został w formie wyprawy do Chorwacji, w której wzięła udział ośmioosobowa grupa podopiecznych Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie Prokocimiu w wieku od 12-19 lat, mająca za sobą terapię przeciwnowotworową i przeszczepienie szpiku kostnego. Towarzyszył im zespół specjalistów złożony z personelu medycznego, terapeutów, psychologów oraz instruktorów nurkowania HSA.

W tym roku projekt zrealizowany został w czerwcu, w miejscowości Medulin położonej na południowym krańcu półwyspu istryjskiego. Ta była wioska rybacka, a obecnie znany ośrodek wypoczynkowy, słynie z pięknych zatok i malowniczych plaż, stanowiąc jednocześnie doskonały punkt wypadowy w głąb półwyspu. Młodzi uczestnicy wyprawy spotkali się na miejscu ze swoimi chorwackimi rówieśnikami i wspólnie, w zabawowej formie, poznawali podstawy nurkowania i zarazem tajemnice fascynującego, podwodnego świata.

Doświadczenia poprzednich i tego wyjazdu pokazały, że zajęcia w wodzie i pod wodą są wspaniałym uzupełnieniem pozostałych form terapii: ruchowej, zajęciowej i psychoterapii.

Młodzi rekonwalescenci w niewymuszony sposób, w atmosferze słonecznych wakacji i przyjacielskiego spotkania, odzyskiwali siły witalne, stabilizację psychiczną oraz budowali na nowo kontakt ze światem zewnętrznym.

WITAJ SŁOŃCE, WITAJ PRZYGODO!!!

Projekt "Słońce i przygoda" przygotowywany był przez:
- Fundację Ośrodka Transplantacji - "Dar Nadziei", Kraków
- Stowarzyszenie Rodziców Dzieci Chorych, Warszawa
- Stowarzyszenie "Udruga Cerebralne Paralize Istarskie Županije". Chorwacja
- Krajowy Ośrodek Treningowy HSA Polska,

Sponsorami wyprawy byli:
POLKOMTEL SA

Poniżej prezentujemy relację Ewy Kujawskiej-Lis:

"Słońce i przygoda" kojarzą się ciepło i miło, trochę ekscytująco. Hasło to ma jednak drugie dno - to nazwa projektu opracowanego z myślą o dzieciach po przebytej terapii przeciwnowotworowej. Już po raz drugi postanowiono dać dzieciom z Polski szansę na przeżycie fantastycznej przygody nurkowej w chorwackich wodach. W trzy lata od pierwszego tego typu wyjazdu udało się zrealizować kolejny i zabrać ośmioro rekonwalescentów do Chorwacji. Podobnie jak w 2006 roku, celem był półwysep Istria, jednak ze względu na współpracę ze Stowarzyszeniem "Udruga Cerebralne Paralize Istarskie Županije", wybór padł na Medulin - tętniące życiem miasteczko turystyczne na samym krańcu półwyspu. Kiedyś była to wioska rybacka, obecnie jest to jeden z większych kurortów turystycznych.

Ośmioro wybranych pacjentów dziecięcego szpitala uniwersyteckiego w Krakowie - Prokocimiu wraz z towarzyszącą im ekipą składającą się z lekarza, pielęgniarki, rehabilitantki, psychologa oraz instruktora nurkowania wyruszyło wieczorem 21 czerwca z Krakowa. Rodzice mogli jedynie tęsknym wzrokiem odprowadzać odjeżdżający bus. Taki był plan. Dzieci, a właściwie młodzież (ponieważ wiek młodych adeptów nurkowania wahał się od 12 do 18 lat, nie wypada ich więc już nazywać dziećmi) miały przenieść się całkowicie do innego świata: z dala od rodziców, szpitala i wszystkiego, co mogło się kojarzyć z chorobą. Zanurzyć się mieli w zupełnie nowych doznaniach, dosłownie i w przenośni.

Po dość długiej, ale umilanej przez wspaniałych kierowców podróży, dotarliśmy w końcu do olbrzymiego kempingu Medulin, gdzie czekali już na nas pozostali członkowie ekipy: kierownik projektu i dwie osoby z kadry nurkowej. Wygłodniali i zmęczeni szybko zakwaterowaliśmy się w domkach kempingowych i popędziliśmy na pierwszy chorwacki posiłek. Choć powitał nas swojski rosół, nie wszystkim było do śmiechu. Młodsi uczestnicy wyprawy wyraźnie odczuwali brak znanego im środowiska, żeby nie powiedzieć wprost: mamy i taty. Nie każdemu udało się cokolwiek przełknąć. Wydawało się, że początki nie wróżą nic dobrego, atmosfera była napięta, wyraźnie czuć było ogromną niepewność. Ponieważ była niedziela, po południu młodzież wybrała się do kościoła, a kadra nurkowa rozpoczęła naradę. Trzeba było spróbować skonfigurować sprzęt, dobrać pianki, opracować plan działania, ponieważ grupa była zróżnicowana zarówno pod względem wieku, jak i zaawansowania pływackiego i nurkowego. Połowa uczestników tegorocznego wyjazdu uczestniczyła w pierwszym tego typu obozie. Ich zadaniem było ułatwić nowicjuszom wejście w obozowe życie. Spośród pozostałej czwórki dwie dziewczynki nie umiały pływać. W czasie selekcji kandydatów okazało się, że trudno jest znaleźć dzieci po przebytej chorobie, które umieją pływać, ponieważ białaczka atakuje często w okresie najbardziej intensywnego rozwoju fizycznego dzieci, kiedy to ich rówieśnicy właśnie zdobywają nowe umiejętności: uczą się pływać, grać w piłkę, uprawiają różne sporty. Dzieci po przebytym leczeniu muszą nadrobić te straty. Dlatego zdecydowano, że warto też zabrać dzieci, które nie umieją pływać, żeby zobaczyć, jakie mogą zrobić postępy.

Pierwszy dzień był dużym rozczarowaniem pod względem pogody. Chorwacja nie przywitała nas oczekiwanym słońcem, ale zapał uczestników był tak gorący, że po porannym wykładzie na temat nurkowania bez wahania zdecydowali się na pierwsze zajęcia w wodzie. Pod szaroburym niebem, przy dość silnym wietrze, bez pianek, młodzież zanurzyła się po raz pierwszy, na razie w sprzęcie ABC. Była to szkoła dla prawdziwych twardzieli. Niestety nie wszyscy mogli się rozkoszować zimną wodą. Trzymający dyscyplinę żelazną ręką i czuwający nad wszystkim lekarz, zdecydował, że osoby dla których przeziębienie mogłoby okazać się zbyt dużym zagrożeniem ze względu na krótki okres, jaki minął od przeszczepu, muszą pozostać na brzegu. Trudno powiedzieć, czy w ich oczach było więcej radości, że nie muszą wchodzić do zdecydowanie zbyt zimnej jak na chorwackie morze wodę, czy żalu.

Kolejny dzień znów zupełnie nie przypominał rozgrzanej słońcem Chorwacji. Przewalające się po niebie chmury nie zachęcały do porannego treningu w wodzie. Pojechaliśmy więc na wycieczkę do Parku Narodowego Kamjeniak. Niesamowicie urokliwe zatoczki, leżące na plaży muszle, widok morza aż po horyzont zachwycił wszystkich bez wyjątku: zarówno tych, którzy już nie raz byli w Chorwacji, jak i tych, którzy po raz pierwszy mieli okazję wyjechać tak daleko od domu. Ukoronowaniem była wizyta w Safari Pub, niewidocznej z drogi, zarośniętej przez bambusy kawiarence pełnej odłowionych gdzieś z dna morza rekwizytów, takich jak stary rower czy śmigło samolotu. Wśród bambusowych chaszczy ukryte chatki dały nam schronienie, a huśtawki zwisające z drzew i szalone karuzele dały wszystkim mnóstwo radości i na długi czas pozostawiły sporo siniaków. Jednak nie po to przyjechaliśmy tutaj, żeby się zabawiać. Po południu wszyscy wskoczyli w pianki i ćwiczyli pływanie w płetwach, doskonaląc swą technikę albo próbowali utrzymać się na wodzie i przełamywali pierwsze lęki. Pełen atrakcji dzień zakończył się zawiązywaniem przyjaźni polsko-chorwackiej. Jednym z celów obozu była integracja z dziećmi z Chorwacji, dlatego równocześnie z naszym obozem odbywał się obóz dzieci ze Stowarzyszenia "Udruga Cerebralne Paralize Istarskie Županije". Obie grupy spotkały się wieczorem. Szacowny pan doktor przejął obowiązki kaowca i dzięki jego umiejętnościom chorwacka młodzież dzielnie śpiewała "czuj, czuj, czuwaj", a nasza młodzież łamała sobie języki próbując się nauczyć chorwackich piosenek.

Środa miała być dniem wyjątkowym. Po raz pierwszy miało odbyć się nurkowanie w sprzęcie. Wyjątkowość tego dnia z pewnością wszystkim pozostanie w pamięci: w końcu wyjrzało słońce. Zrobiło się prawdziwie chorwacko: na plażę wyległy tłumy skąpo ubranych przedstawicielek płci pięknej, co zdecydowanie uradowało starszą, męską część uczestników. Znacznie przyjemniej było wyskakiwać z zimnej wody, by się ogrzać w słońcu. I a postępy w pływaniu były widoczne. Dziewczęta, które uczyły się pływać wyraźnie nabrały ochoty, aby za bardzo nie odstawać od reszty. Natomiast uczestnicy przygotowujący się do nurkowania dzielnie wykonywali niezbędne ćwiczenia w ABC. Popołudniowe nurkowanie okazało się niezapomnianą przygodą, głównie dlatego, że się nie odbyło. Uczestnicy obozu doświadczyli czym jest południowy temperament, będąc świadkami wielkiej awantury zakończonej przyjazdem policji. Właściciel bazy nurkowej znajdującej się na terenie kempingu, na którym mieszkaliśmy, dość gwałtownie i niecenzuralnie nie pozwolił nam nurkować z przystani na terenie kempingu, twierdząc, że jest to jego \'micro-location\'. Nie mógł uwierzyć, że instruktor HSA w Chorwacji, który współpracował z nami przy organizacji projektu i miał wszelkie niezbędne pozwolenia i uprawnienia robił to charytatywnie. Wykrzykiwał, że skoro młodzież nosi sprzęt, to nie mogą to być osoby, które przebyły tak ciężką chorobę. Całe zajście było dość nieprzyjemne, a aroganckie zachowanie szefa bazy spowodowało, że nasi chorwaccy przyjaciele złożyli na niego skargę o zakłócanie porządku publicznego. W ten sposób wezwana przez niego policja... ukarała go mandatem, a młodzież zamiast nurkować odbyła kolejny trening w ABC.

Następnego dnia wyruszyliśmy na popołudniowe nurkowanie do Puli, gdzie bazę ma zaprzyjaźniony z nami instruktor. Towarzyszyły nam dzieci z obozu chorwackiego, tak więc była to spora wyprawa. Wreszcie uczestnicy obozu po raz pierwszy zanurzyli się w pełnym sprzęcie. Nie było to najbardziej fascynujące miejsce na świecie. Głównymi atrakcjami pod wodą były łańcuchy przytrzymujące sztuczne góry do wspinania unoszące się na wodzie. Jednak dzięki temu, że pod wodą było niewiele do oglądania, można było się skupić na opanowaniu sprzętu i jego prawidłowej obsłudze. Po skończonych nurkowaniach plażę rozpromieniały szerokie uśmiechy i już było wiadomo, że komu tylko zdrowie pozwoli, nie odpuści kolejnych zajęć w wodzie. W dobrych nastrojach polsko-chorwacka grupa ruszyła do akwarium w Puli, a kadra nurkowa do pracy. Trzeba było naładować butle na dzień następny, ale przy okazji udało się zażyć nieco przyjemności.

Branislav Danevski, który wspomagał nas logistycznie, zabrał kadrę na nurkowanie w jego \'micro-location\'. Było już dosyć późno, około siódmej wieczorem, obawialiśmy się że czeka nas raczej nurkowanie nocne, ale okazało się że nie było tak źle. Światła wystarczyło na tyle, żeby zachwycić się fantastycznymi formacjami podwodnymi w okolicach Frasker. Był kanion, niewielkie groty, jaskinie z oknami otwierającymi się na powierzchnię wody. Mnóstwo podwodnego życia i ferie barw, pod warunkiem, ze ktoś miał latarkę. Po 35 minutowym nurkowaniu wszyscy byliśmy pod wrażeniem tego miejsca i żałowaliśmy, że nie nurkowaliśmy w pełnym słońcu, bo efekty byłyby jeszcze piękniejsze. Miejsce jest doskonałe dla nurków niepełnosprawnych - zaledwie 5 minut łodzią od mariny, co znacznie skraca czas przebywania w piance i nagrzewania się przed nurkowaniem, czy wyziębienia po wyjściu z wody. Z kolei łódź jaką dysponuje Danewski jest bardzo dogodna dla osób poruszających się na wózkach. Ma szeroką platformę na rufie, z której zeskakuje się do wody, przez którą bez problemu można wjechać na pokład wózkiem i łatwo na nią wyciągnąć nurka z wody. Godne polecenia rozwiązanie dla wszystkich nurkujących z osobami niepełnosprawnymi. Dzień byłby idealny, gdyby nie to, że po powrocie na kemping okazało się, że wygłodniała młodzież po dniu pełnym wrażeń spałaszowała niemal wszystkie zapasy i kolacja dla kadry nurkowej była bardzo skromna.

Od czasu awantury z lokalnym centrum postanowiliśmy nurkować poza terenem kempingu, a ponieważ wyprawy do Puli byłyby zbyt czasochłonne przenieśliśmy się w okolice hoteli w Medulinie. Wybór okazał się trafny. W trawie porastającej zatoczkę kryły się szable Adriatyku, wśród kamieni wędrowały spore kraby, pływały ryby, szczęściarzom udało się zobaczyć mątwę, a wszystkim ogromne ilości muszli. Do końca obozu było to nasze stanowisko nurkowe. Uczestnikom miejsce to podobało się bardziej niż marina w Puli, zwłaszcza, że mieli okazję wyszaleć się na pływającej trampolinie i powspinać na sztucznej górze unoszącej się na wodzie. Zabawy i uciechy było co niemiara.

Sobotnie przedpołudnie przeznaczyliśmy na wycieczkę po centrum Puli. Po raz pierwszy od tygodnia młodzież otrzymała wytęskniony czas wolny. Do tej pory każdy dzień aż pękał w szwach od zajęć. Przed śniadaniem joga, po śniadaniu wykład o nurkowaniu i zajęcia w wodzie. Później gimnastyka korekcyjna, obiad i znów do wody. Przygotowywana wspólnie kolacja i spotkanie z przyjaciółmi z Chorwacji, dla których trzeba było wymyślić atrakcyjny program rozrywkowy. W międzyczasie należało jeszcze \'upchać\' grę w siatkówkę, ćwiczenia relaksacyjne, rozmowy z psychologiem czy wieczorne wyjście do Medulina. Było co robić, więc po wspólnym obejrzeniu amfiteatru w Puli, przypominającego rzymskie Colloseum, wszyscy z ulgą przyjęli propozycję rozpierzchnięcia się w podgrupach po mieście. W tym czasie kadra nurkowa bynajmniej nie próżnowała. Trzeba było napełnić butle przed popołudniowymi i niedzielnymi nurkowaniami. Nieoceniony chorwacki partner zorganizował jeszcze jedno wspaniałe nurkowanie. Tym razem celem była wysepka Banjole z pięknymi podwodnymi ścianami. Pogoda dopisała, słońce dawało wspaniałe efekty, a i przejrzystość wody była wyjątkowo dobra. Podobnie jak za pierwszym razem pokazała nam się spora skorpena. Z dziury w ścianie wyjrzała langusta. Atmosfera pod wodą była znacznie bardziej rozluźniona niż w czasie pierwszego wspólnego nurkowania, kiedy brak czasu sprawił, że nie wszyscy byli odpowiednio wyważeni i musieli walczyć z pożyczonym sprzętem, albo mieli zbyt mało powietrza w butli. Tym razem tego typu problemy zostały wyeliminowane i pozostało nam tylko cieszyć się urokami miejsc, które nasz przewodnik, fotograf z zawodu i zamiłowania, pokazuje tylko wybrańcom.

Ostatniego dnia obozu, w niedzielę, po kolejnej nieudanej wizycie w kościele (znów msza nie była o tej godzinie, o której miała być) na uczestników czekała niespodzianka. Tym razem wszyscy, bez wyjątku, nawet dziewczynki, które przyjechały do Chorwacji nie umiejąc pływać, zanurzyli się pod wodę. Bardziej zaawansowali wybrali się w parach na nurkowanie pod okiem instruktora, a początkujący po raz pierwszy poczuli smak przygody podwodnej. Wyrazu twarzy dzieciaków po wynurzeniu nie da się zapomnieć, podobnie jak tego, co działo się wieczorem podczas pożegnalnej kolacji. Oczywiście było standardowe wręczanie dyplomów i pasowanie płetwą. Znacznie ważniejsza była jednak niespodzianka, jaką przygotowali sami uczestnicy. Po tygodniu zmagań z trudną materią słowną odśpiewali hinduską mantrę na powitanie słońca, czym sprawili mnóstwo radości naszej instruktorce jogi. Odśpiewali też skautowską piosenkę po chorwacku, czym zdumieli współorganizatorkę wyjazdu Lorenę Lazaric. Były występy solowe wokalne i taneczne. Trzeba przyznać, że największym twardzielom ciarki przeszły po plecach, gdy usłyszeli góralską pieśń wyśpiewaną przez najmłodszą uczestniczkę obozu. Trudno było nam uwierzyć, że ta sama dziewczynka tydzień temu nie była w stanie przełknąć posiłku, a teraz stała tu przed nami i śpiewała pełnym głosem. Siedem dni temu nie umiała pływać, a kilka godzin wcześniej nie tylko pluskała się swobodnie w wodzie, ale zanurzyła się i zrobiła małą podwodną wycieczkę. Kiedy przyjechała, nie chciała się do nikogo odzywać. Po kilku dniach zaprzyjaźniła się ze wszystkimi: dzieciakami i dorosłymi, sama kupowała upominki dla swoich bliskich na straganach i nie miała z tym żadnych problemów. Całkowita metamorfoza od łez do radości. Okazało się, że to wcale nie po słońce i przygodę tu jechaliśmy, lecz po "Uśmiech i przygodę". Tak właśnie powinien się ten projekt nazywać, bo nie ma wątpliwości, że powinien być kontynuowany. Efekty widać było w czasie pożegnalnego przyjęcia: uśmiechy nie schodziły nikomu z twarzy. Ale tak naprawdę, tylko uczestnicy wielkiej chorwackiej przygody wiedzą, co z niej wynieśli.

Zastrzeżenia prawne | Polityka prywatności | Regulamin korzystania z serwisu | Reklamacje | Reklama w portalu

delfinoterapia, delfiny, terapia z delfinami, wakacje z delfinami, kuracja z delfinami, Delfinoterapia na Krymie